Gdy byłam mała, prowadziłam z sobą mały spór o to, który z
miesięcy jest najpiękniejszy. Osobiście przechylałam się raczej ku czerwcowi. Był
to jednocześnie spór z moją babcią, która uważała, że najpiękniejszy jest
oczywiście maj, gdyż wtedy wszystko jest młodziutkie i świeże. Do tego ów dylemat
czynił akademickim fakt, że to właśnie maj poświęcono Matce Bożej – a wiadomo, że
nie łączono by z Nią nic, co nie jest najdoskonalsze… Nie do końca mnie to
przekonywało, gdyż czerwiec poświęcony był Sercu Jezusa, które szczególnie mnie
ujmowało – i ujmuje nadal. Był to świetny kontrargument wobec tezy mojej babci.
Nie umiem do dziś rozstrzygnąć tej dyskusji podobnej do sporów
o ilość aniołów na szpilce. Kiedy jest maj – jest najpiękniejszy, ale kiedyś
jest czerwiec… Czy czerwiec – o ile jest słoneczny – nie przypomina kwiatu
dzikiej róży? Słodko i niewinnie różowego, pachnącego, buchającego witalnością,
a jednak delikatnego i wyrafinowanego? Kiedy powietrze otula jak ciepły
aksamit, a w powietrzu tuż przed zmrokiem nie ma ani jednego zimnego tonu,
przypominającego o bezlitosnym upływie czasu.
Taki dzień był dzisiaj.
![]() |
| Gdzieś za Kwiecewem, szczęśliwe konie (fot. RA) |

Komentarze
Prześlij komentarz