Jedna religia ludzi i zwierząt


Nie wierzę w Boga osobowego. Jak ktoś wmawiający innym wizję Boga osobowego mógł nie zauważyć, że byłby On jednocześnie Bogiem ograniczonym?... Czymś innym - o wiele bardziej uniwersalnym - jest Bóg wszystkich istot. Gdybym mogła, stworzyłabym więc Religię Wszystkich Istot, Kościół Żyjących, czy jak tam. A kult nie polegałby na postawieniu zwierząt na postumentach, budowaniu świątyń w kształcie ślimaków i śpiewaniu pieśni ekologicznych, tylko na czynach. Pomocy bezdomnym i źle traktowanym zwierzętom, życiu zgodne ze świadomością ekologiczną, dbałość Ziemię - tę w najbliższej, codziennej wersji - czyli segregacja śmieci, jakieś zbiórki w stylu czynów społecznych ze wspólnotowym sprzątaniem terenu, oczywiście wegetarianizm i uświadamianie, wieczne przypominanie, na czym polega przywilej mniemania, że jest się "na końcu drabiny bytów". Oczywiście absurd - ale wielu tak uważa... Życie jest życiem, cierpienie cierpieniem, śmierć śmiercią dla każdego, bez względu na to, czy ma płetwy, skrzydła, czy ręce. Myślę, że to samo dotyczy roślin... Gdyby jakiś purysta w tym monecie zaczął mi przypominać, że fałszem jest przy tej całej empatii jednoczesne planowanie bestialskiego jedzenia roślinek, i miał pytanie, czym to się różni od spożywania mięsa (Boże, ile razy takie coś słyszałam...), mogę powiedzieć tylko jedno. Najchętniej nie jadłabym również roślin, ale niestety nie wierzę w życie sama energią słoneczną. Coś trzeba jeść... I jeśli już muszę wybrać między ziemniakiem a cielakiem, wybieram istotę związaną z chlorofilem, niż wypełnioną czerwonymi krwinkami. To drugie nieprzyjemnie kojarzy mi się kanibalizmem. W mojej religii wszystkich istot wspominałabym również z szacunkiem o wszystkich roślinach.
Zwierzę z Muzeum Historii Naturalnej w Londynie (fot. RA)


Komentarze