Zawsze lubiłam trzmiele. Były puchate, pasiaste, futerkowe i z wyglądu chyba najbardziej sympatyczne ze wszystkich owadów. Małe pluszaki. Są też wdzięcznym obiektem do obserwacji oraz... ratowania. Nigdy nie słyszałam, aby jakiś trzmiel kogokolwiek ugryzł. Do tego mają chwytne łapki, więc podczas zbierania z chodnika sprawnie pomagają "ratownikowi", czyli mnie. Gdyby ktoś pomyślał w tym momencie, że ratowanie trzmieli przerasta absurdem ratowanie gołębi, czy dużych żuków, niech pomyśli o świecie bez trzmieli. Są niemal tak istotne jak pszczoły. A bez racjonalizowania - również chcą żyć.
Któregoś razu dostrzegłam na stronie Empiku zapowiedź książki "Żądła żądzą" - trochę mnie kusi, a trochę już smuci. Po prostu wiem i bez czytania, że niektóre procesy są nieuchronne, co potwierdza użyta w zajawce informacja, iż projekt książki wziął się z wyginięcia w Wielkiej Brytanii trzmieli paskowanych... Swoją drogą, kiedy tam byłam, rzeczywiście widziałam bardzo niewiele owadów. Ogólnie - wszystkich. Oczywiście byłam przede wszystkim na północy, w regionie industrialnym, ale to i tak było smutne i niepokojące. Tak jak tamtejsze krajobrazy. Czas Brytanii w tym miejscu jeszcze nadejdzie - wrażenia stamtąd również trzeba utrwalić... Ale to potem, potem.
Ale wracając, oto bohater soboty - olsztyński trzmiel zebrany z deptaka przy Placu Jedności Słowiańskiej. Długo myślałam, gdzie go umiejscowić, aby mógł odpocząć i zregenerować siły lub w spokoju odejść. Kwiatki tam małe i rachityczne. Wlazł do jednego i... smętnie wylazł. W końcu pomyślałam o pniu drzewa, w którym mógłby znaleźć jakieś schronienie. To chyba był dobry pomysł. Trzmiel po posadzeniu na pniu bzu wyraźnie się ożywił i żwawo podreptał ku przeznaczeniu. Tak więc fajnie.
![]() |
| Wszystkie - 07.2017 (fot. RA) |




Komentarze
Prześlij komentarz