Dobranoc, czyli Wielka Sobota. Interpretacja pieśni 1


Dziś życie zeszło do grobu i krąży po podziemiu. Ociera się o uśpione pierścienie dżdżownic, oświetla pancerze chrząszczy, napełnia drganiem uśpione nozdrza kretów. A w metafizycznym podziemiu objawia się duszom drżącym w ciemności jako nagła kolumna białego światła, która nagle zmienia wszystko. Pieśń „Dobranoc, głowo święta...” jest idealna na Wielką Sobotę. A raczej na dzień Wielkiej Soboty – nie wieczór. Pobrzmiewa w niej spokojna rozpacz, czyli to co zawsze zostaje po silnym ataku bólu. Dręczący, pełen półmroku smutek po odeszłym, które już nie wróci. Kiedy wszystko się skończyło.


Stoczek Klasztorny. Fot. RA

„Dobranoc, Głowo Święta” jest kołysanką. To bardzo nietypowe nawiązanie formalne do dawno przebrzmiałego bieguna, czyli Bożego Narodzenia. Ostatnią kołysanką, jaką śpiewaliśmy, było „Lili lili laj”, a tu nagle znów wróciła czułość, odnajdująca biel i niewinność dziecka w poszarpanym, dojrzałym ciele. Grudniową kołysankę śpiewały oczywiście różowe usta tak młodej jeszcze Matki Jezusa, ostatnią kołysankę śpiewają Mu wszyscy – wierni i obserwatorzy Jego męki. Pieśń zrównuje więc wszystkich świadków śmierci, podnosząc do godności najbliższej rodziny Śpiewać ją może kochająca Go Magdalena, ale raczej każdy ze współczesnych obserwatorów, na co wskazuje ostatnia zwrotka opisująca bolejącą Matkę z perspektywy człowieka wierzącego, świadomego rozgrywającej się przed jego oczami sceny.
Całą pieśń bazuje na powtórzeniu – każda ze zwrotek rozpoczyna się słowem „dobranoc” oraz wezwaniem, czczącymi wszystkie członki ciała Chrystusa. Jakkolwiek dziś to brzmi dwuznacznie, jest to pamiątka dawnej religijności, bardzo konkretnie podchodzącej do cielesności Jezusa. Było to wówczas naturalne i wzruszające. Trzeba przyznać że i dziś – o ile zadamy sobie trud wczucia się w słowa – pieśń porusza autentycznością emocji. Zgodzi się z tym każdy, kto przeżył żałobę i w którymś momencie żegnał się ze zmarłym. Myślał o każdej części – tak jeszcze niedawno żywego – ciała: o ustach, które się uśmiechały, błysku oczu, cieple dłoni, prędkości stóp, miękkości skóry, charakterystycznej mimice lub ruchach. Pieśń przedstawia Jezusa w bardzo żywy i poruszający sposób. Oto martwy ktoś, kto był nam najbliższy, kto już nigdy nas nie dotknie, nie odezwie się, nie spojrzy. Zostały tylko wspomnienia i zakrwawione, zgniecione, rozerwane szczątki przywołujące kształtem to, co było nam bliskie. Zwrotki przesuwają się po ciele zmarłego, niby zrozpaczone oko bliskiego, szacujące stratę: głowa, szyja, ręce, tors, nogi. Co ciekawe, obserwator w ogóle nie skupia się na martwej twarzy (może byłą zakryta włosami? Lub chustą), przywołuje jednak serce. Rozczulające jest również końcowe czułe odniesienie do krzyża oraz grobu, związanych tak bardzo z cierpieniem Boga, że aż dzięki temu uosobionych i wyniesionych.
Słowa opisujące unicestwione ciało oddają niezwykłą wrażliwość obserwatora, jego ogromne zaangażowanie emocjonalne oraz dramatyzm chwili, mimo pozornego spokoju słów i nastroju. Głowa jest zraniona „do mózgu samego”, co oznacza rany zadane długimi cierniami z korony. Oczywiście jest to wyłącznie metafora, a równocześnie wskazówka co do czasu powstania pieśni. Wieki średnie, czy nawet późniejsze, z pewnością nie podałyby takiego obrazu, a dopiero wiek nauki i badań. Włosy są „zafarbowane”, czyli przesiąknięte krwią. Może wręcz sztywne przez jej zastygnięcie – wszak opis dotyczy martwego ciała. Do tego są potargane – potargane przez oprawców, może w części wyszarpnięte . Szyja „uzbrajana w łańcuch” - obecnie śpiewa się „uzbrojona” - to wspomnienie sceny, gdy Jezusa ciągnięto łańcuch na przesłuchanie w Sanhedrynie. (Czy nie pojawia się też w tym miejscu w świadomości słuchacza/czytelnika jakiś obraz psa na łańcuchu? Ręce „wyciągnięte jako struny lutni” przypominają obraz podawany w apokryfie – że gdy Jezusa krzyżowano, Jego ręce wyciągnięto za pomocą lin ponad naturalną długość, aby można był przybić dłonie w przygotowanych już w krzyżu otworach. Nie wydaje się, aby Kościół potwierdzał w jakichkolwiek tekstach taką wersję ukrzyżowania – choć obraz rąk-strun broni się zwykłą wizją ich napięcia pod ciężarem wiszącego ciała. Lutnia wspomniana w tym wersie przywodzi tak daleki i odmienny od opisywanej wizji obraz słodkiej muzyki i zabawy. Poniekąd w ten sposób krzyż staje się instrumentem trubadurów, a Jezus – Jego śmierć – melodią na nim wygrywaną. Dalej opisane bok i serce są otwarte włócznią i związane z płynami opuszczającymi ciało – krwią i wodą, czyli osoczem. Serce do tego jest „mile pozdrowione”, czyli z adorowane z pełnym miłości zaangażowaniem. Wszak słowo „miły” ma związek z „miłością”. Przy krzyżu wspominany jest jego „użytkownik”, czyli Jezus, przy grobie – Jego Matka. Kobieta, która wcześniej byłą kolebką Jezosowego ciała, obecnie ma związek z nową kolebką – kamienną o wieczystym przeznaczeniu, czyli z grobem. W ostatnich zwrotkach wraca uwagę również użyte, a stylizowane na dawne, słownictwo typu „uwinione”, zamiast „owinięte” lub „wyciągnione” zamiast „wyciągnięte”.
Każda z siedmiu, „zwykłych”, zwrotek składa się z dwóch wersów i pisana jest 13-zgłoskowcem. Refren, również dwuwersowy, powtarza się nieodmiennie w każdej prócz ostatniej, dziewiątej, zwrotki, która stanowi kulminację całego utworu dzięki zastosowaniu odmienności słów. Zresztą fraza skierowana do Chrystusa jest niejako kalką zwrotu zastosowanego w hymnie z części trzeciej Gorzkich Żali. Odmianę stanowi zaś wezwanie do Matki Boskiej Bolesnej, współcierpiącej ze swoim Synem. Tego typu religijność to rys typowo polski, choć oczywiście nie wyłącznie – lecz jednak nie częsty, jeśli porównać praktyki religijne krajów świata.
Pieśń powstała w 1928 r., a słowa i muzykę do niej stworzył Jan Siedlecki.
Niezwykle udana kompozycja. Czuła, pełna słodyczy i emocji, miękka.
Dobranoc. Jutro wcześnie wstajemy. On również.

Komentarze